lizzyblack


2004
październik (1)
listopad (3)
grudzień (3)

2005
styczeń (3)
luty (1)
marzec (1)
kwiecień (2)
maj (2)
czerwiec (1)
lipiec (1)
sierpien (1)
październik (1)
grudzień (1)

2006
marzec (1)
czerwiec (1)
sierpien (1)
listopad (1)
grudzień (2)

2007
marzec (1)
maj (1)
sierpien (1)
październik (1)

2008
czerwiec (1)




Powrót





Tytuł: ~Rozdział 10 – Latanie~
Wyszło spod pióra: piątek, 29 grudnia 2006 23:50:22

********************

Tak właśnie nadejszła ta wiekopłomna chwiła ^^ Notka została dodana i tym bardziej,że już z właściwą treścią :) Chciałam bardzo podziękować paru osobom za nią. Krzysiowi,że popchnął mnie w kierunku pisania na nowo, dziękuję kochanie :* Kasiulce, że razem ze mną jest maniaczką HP ^^ I tym wszystkim którzy czytali te moje rozdziały z wypiekami na twarzy i potem mnie skutecznie molestowali o nowe notki :) Za to serdeczne Bóg zapłać :P Więcej już nie nudzę,zapraszam do czytania i przepraszam, że tyle to wszystko trwało :)
********************



Święta minęły w o wiele zdrowszej atmosferze, niż zazwyczaj. Najważniejsza tajemnica tego domu została odkryta. Od tego momentu dużo się zmieniło. Rodzice czuli się swobodniej w rozmowie, gdy byłam obok. Już nie musieli uważać, żeby się przypadkiem przy mnie nie wygadać. Dopiero teraz odzyskałam mamę. Stała się najnormalniejsza na świecie. W domu już nie prawiła mi kazań na temat mugoli. Wyjaśniłyśmy sobie po prostu, że wśród innych musze zachowywać się, jak na córkę śmierciożerczyni przystało. Na początku było mi ciężko. Szło mi to opornie, ale później już lepiej. Nigdy nie lubiłam tego robić. Jednak nastawienie mojej mamy względem innych ludzi nie zmieniło się ni o krztynę. Nadal była taka jak wcześniej - zimna i niemiła.

***

Nadeszło pierwsze ocieplenie i wiosna zaczęła się zbliżać dużymi krokami. Im bliżej wiosny, tym bliżej lata, a po lecie jest jesień i Hogwart! Razem z Syriuszem odliczaliśmy dni do rozpoczęcia roku szkolnego. Miałam lęk przed nieznanym, mimo że rodzice od zawsze mi opowiadali niesamowite historie o tej szkole. Za to Syriusz był całkowicie pochłonięty pójściem do szkoły. Od świąt nie mówił o niczym innym oprócz Hogwartu. Zresztą nie dziwie mu się. Na jego miejscu też bym chciała jak najszybciej pójść do szkoły. Z taką rodzinką, to on nie miał w domu lekko.
***

Pewnego ciepłego, wiosennego popołudnia, gdy siedziałam razem z mamą w bibliotece i uczyłam się formuł przydatnych zaklęć, do domu wcześniej przyszedł tata.
- Witaj Konstelu – dało się słyszeć tatę w przedpokoju.
- Hej moje piękne, gdzie jesteście? – wchodząc do salonu krzyknął tata.
- W bibliotece Alfradzie- odpowiedziała mama nie odrywając się od książki.
Usłyszałyśmy kroki w salonie, następnie szczęk dźwigni otwierającej przejście do biblioteki i wkroczył uśmiechnięty od ucha do ucha ojciec.
- Cześć dziewczyny – zagadnął wesoło.
- Witaj Alfradzie, co się stało, że puścili cię przed siedemnastą z ministerstwa? – spytała mama odkładając na stolik ogromną księgę Najpotrzebniejszych Zaklęć Walfonda Craftbolta.
- Miałem dzisiaj trochę mnie licencji niż zwykle i skończyłem wszystko przed południem. Zaszedłem do Gronana Kikuta i poprosiłem go o wcześniejsze zwolnienie dzisiaj z pracy. A że poczciwy Minister Magii mnie lubi, to kazał mi tylko zdać raporty z wydanych licencji do archiwum i byłem wolny. Powiedziałem mu, że kupiłem dla mojej córki najnowszy model miotły i chciałbym ja nauczyć latać. A on mi na to, że powinienem wziąć na taka okazję dzień wolnego. Potem mi zaczął opowiadać, jak to on świetnie uczył swoje dzieci latać i dlatego dopiero teraz jestem, a nie godzinę wcześniej. No ale trudno się mówi – powiedział tata rozsiadając się na fotelu naprzeciwko nas – To co polatamy Lizzy?
- Hej młoda damo, a nauka to co? Przed Hogwartem też trzeba się czegoś nauczyć. Nie możesz przynieść nam wstydu jak pójdziesz do szkoły – mama wskazała na opasłe tomisko z zaklęciami.
- Na naukę jeszcze znajdzie się czas. Zresztą na razie i tak uczę się tylko inkantacji wraz z gestami. Za wiele mi to nie pomoże w czarowaniu – pokazałam komplet zębów.
- Lizzy ma rację – powiedział niewinnie tata – tymczasem Stell wiesz, czy mamy jeszcze eliksir wzmacniający oraz ten drugi na złamania?
- Poczekaj sprawdzę w składziku – przeszła całą długość biblioteki, skręciła w małe boczne drzwi prowadzące do naszej domowej warzelni eliksirów. Na tych drzwiach był wyrzeźbiony kocioł postawiony na ogniu. Rzeźba była tak zaczarowana, że sprawiała wrażenie jakby płomienie pod kominkiem poruszały się. Po sekundzie wróciła mam i oznajmiła:
- Jest wszystko na złamania oprócz eliksiru wzmacniającego. Także wy sobie polatajcie, a ja pójdę uzupełnić braki. Tylko uważaj na Elizabeth, żeby mi się nie połamała.
Tak szybko jak się pojawiła, tak i znikła za drzwiami z kociołkiem.
- Ee... Tato, a czy te eliksiry są konieczne? Wiesz, że nie cierpię ich pić. Są paskudne – powiedziałam krzywiąc się okropnie.
- Chyba lepiej wypić eliksir w domu, niż pójść do Św. Munga i tam leżeć przy starych i paskudnych czarownicach z ogromnymi bąblami na twarzy i pojękujących obok czarodziejach – po tych słowach przeszedł mnie dreszcz. Ten argument wystarczył mi w zupełności.
- Wiesz, skoro to jest konieczne – powiedziałam z niemrawą miną.
- No… Widzę, że się rozumiemy – rzekł z uśmiechem – A teraz leć na górę po miotłę i się przebierz, a ja będę czekać na dworze – nie czekając na odpowiedź wymaszerował z biblioteki wartkim krokiem.

W tym czasie przeszłam na drugi koniec biblioteki mijając kilka regałów z księgami i odłożyłam „Najpotrzebniejsze zaklęcia dla początkujących” do działu zaklęć. Wychodząc pstryknęłam palcami w stronę pochodni palących się po obu stronach regałów, które najpierw zaczęły falować, aż w końcu zgasły. Zadowolona, że w końcu udało mi się opanować tą umiejętność, udałam się na górę. Przebiegłam wszystkie piętra przeskakując naraz po dwa schodki. Wpadłam do pokoju z rozmachem otwierając drzwi i podeszłam do garderoby z której gorączkowo zaczęłam wyrzucać na łóżko potrzebne odzienie. Wyciągnęłam cieplejszą granatową pelerynę i spodnie kupione specjalnie na miotłę, abym sobie na pierwszy raz tyłka nie poobcierała jak to ojciec stwierdził. Wyleciałam z garderoby, która na moje szczęście sama się zamykała i otwierała, gdy tylko dotykałam drzwi. Ubrałam się pospiesznie w między czasie zganiając zwierzaki z łóżka. Zabrałam Spadająca Gwiazdę spoczywającą spokojnie na stojaku i prędko zbiegłam na dół. Wpadłam na chwilę do kuchni, sprzątnęłam ostatnie dyniowe paszteciki Marli ze stołu i wyleciałam na taras, gdzie czekał już na mnie tata lekko huśtając się na bujanej ławie.
- Oho… Chyba naprawdę chcesz się nauczyć latać – powiedział z mina wyrażającą zdumienie moim szybkim zejściem.
- Jeszcze się pytasz… Tylko… eee, gdzie my pójdziemy latać skoro wszędzie dookoła mieszkają niemagiczni? – zapytałam trochę zbita z tropu.
- O to niech cię głowa nie boli… Trzymaj mocno miotłę i złap mnie za rękę – posłusznie wypełniłam polecenie taty i obok żywopłotu odgradzającego nas od ulicy teleportowaliśmy się. Tata poprosił ministerstwo o rzucenie zaklęcia blokującego teleportację na naszą posesje. W tych ciężkich czasach była to forma bezpieczeństwa z której korzystała większość czarodziejów. Nigdy nie lubiłam teleportacji, o uczucie było strasznie paskudne. Miało się wrażenie, że wszystkie wnętrzności się zwijały i mózg ściskał się do wielkości orzeszka ziemnego. Ale czego się nie robi dla pierwszej lekcji latania. Po jakiejś minucie wirowania w kółko znaleźliśmy się na środku nieznanej mi dotąd polany. Wglądała na odosobnioną jednak jak dla mnie było na niej trochę za ciemno.
- No dobra Liz teraz wsiądź na miotłę, tak jak ja… No tak… Ale tę nogę musisz ułożyć w ten sposób, bo inaczej się ześlizgniesz i pamiętaj trzymaj się mocno, choćby nie wiem co. Na skomplikowane złamanie mama nie ma eliksiru, a i ja nie chcę stracić głowy, że pozwoliłem aby ci się coś stało.
- No dobra, dobra… Wiem przecież, będę się trzymać. To już mogę się wzbić, czy masz dla mnie jakieś drogocenne uwagi – powiedziałam z ironią.
- Troszkę milej młoda damo, nie pozwalaj sobie. Dobra, a teraz wznieś się parę stóp nad ziemie i wyląduj kierując kij do dołu, no hop…
Wzbiłam się niepewnie w górę, jednak miotła za wszelką cenę nie chciała zlecieć w dół i tata musiał mnie ściągać.
- Czemu ta miotła nie chce reagować? – spytałam zirytowana.
- Zapomniałem, że trzeba najpierw przyzwyczaić do siebie miotłę, tak… Tak moja stara profesor Quickeagle zawsze krzyczała na pierwszych lekcjach latania jak ktoś zapomniał przyzwyczaić miotły do siebie. Biedne pierwszaki zawsze miały stracha przed tą lekcją, słysząc pogłoski o niej
- Co ty wygadujesz tatko, przecież to tylko kawałek zaczarowanego kija. To raczej ja mam się do tej miotły przyzwyczaić.
- Jak wolisz, ale nie chce widzieć, twoich szczątek na drzewach, więc lepiej się raz posłuchaj swego staruszka.
- No niech ci będzie, co mam robić? – zaintrygowana postanowiłam wykonywać wszystkie polecenia.
- Połóż miotłę płasko na ziemi witkami do tyłu i unieś swoja prawą rękę nad miotła i bardzo pewnym siebie i władczym głosem powiedz do mnie…
- Ale to głupie… Do mnie – zdegustowana prostotą polecenia wypowiedziałam formułkę, ale o dziwo nic się nie stało. Wydało mi się jedynie, że miotła drgnęła.
- W tym wypadku możesz się domyślić, że nawet jakbyś wsiadła na miotłę to ta by się ciebie nie słuchała i byś poleciała hen, hen daleko póki bym ciebie z góry nie ściągnął. Tak więc teraz spróbuj powiedzieć to bardziej stanowczo – z nadzieją przyglądał się moim poczynaniom.
- To raczej nie powinno być trudne – zrobiłam tak jak kazał, jednak miotłą tylko leniwie podniosła kij i opadła spowrotem na ziemię.
– O nie tak to nie będzie wredny drągu. DO MNIE!!! – ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu miotła szybciutko uniosła się do mojej ręki i stabilnie się w niej utrzymywała. Z poczuciem wielkiej satysfakcji spojrzałam na tatę, w celu otrzymania od niego dalszych instrukcji.
- No brawo Liz… Już powoli traciłem nadzieję. Widać latanie masz po matce – zaśmiał się tata – a teraz wsiadaj i rób tak jak ci wcześniej mówiłem.
- Bra tatku – wskoczyłam już pewniej i wzniosłam się nad ziemię. Miałam już przynajmniej pełna kontrolę nad nią i korzystając z okazji zatoczyłam koło wzdłuż ściany drzew otaczających polanę, wprawiając pelerynek w miłe dla ucha łopotanie.
- No wspaniale córeczko – zaklaskał – jednak się myliłem latanie masz po mnie może i będziesz grała na pozycji pałkarza w Hogwarcie tak jak ja za młodu – rozmarzył się tata.
- Fajnie by było tylko musiałabym nauczyć się odbijać tłuczki, nie sądzisz?
- Pójdzie ci jak spłatka – uśmiechnął się.
- Mam nadzieję. A teraz może polatamy nad lasem? Chciałabym sprawdzić jaką prędkość rozwija ta miotła. Co ty na to, hee? – powiedziałam z kocimi błagalnymi oczkami.
- Niech ci będzie tylko jak powiem w dół to nurkuj do lasu. Może się zdarzyć, że będą latać jakieś samoloty, chociaż unosi się dzisiaj sprzyjająca dla nas mgła.
- Tato w taka pogodę żaden niemagiczny nie wsiądzie ci do tych blaszanych pudeł, zresztą nie wiem jak można w tym latać.

Lataliśmy sobie tak z godzinę. Tata w tym czasie nauczył mnie jak robić korkociągi i zwisy. Opowiadał mi przy tym o meczach w których brał udział i o kilku akcjach w których dzięki zwisowi do góry nogami na miotle uniknął oberwaniem tłuczkiem w głowę, który wyskoczył mu znienacka. Czułam się wspaniale tak latając i czując powiew zimnego angielskiego powietrza. Nawet nie zauważyłam jak zaczęło się ściemniać, łapiąc kolejne podmuchy wiatru w szaty. Nagle mnie zamroczyło. Czułam, że kreci mi się w głowie i zaczynam spadać. Straciłam poczucie rzeczywistości, tak jakbym się gdzieś przeniosła. Stałam po środku jakiejś magicznej walki. Byłam zdezorientowana tym gdzie się znalazłam, spostrzegłam, że nikt mnie nie zauważył. Pełno było zakapturzonych postaci i normalnych czarodziejów. Wszyscy rzucali w siebie coraz to nowe zaklęcia. Ku memu przerażeniu widziałam zielone błyski, a zaraz dotknięci tym zaklęciem czarodzieje padali bez życia. Zdążyłam tylko zobaczyć ich zaskoczone otwarte oczy. Byłam przerażona tym widokiem. Czułam paniczny strach, nigdy nie widziałam jak ktoś umiera. To miejsce w którym się znalazłam było straszne i pełne cierpienia. Chciałam jak najszybciej się stamtąd wydostać. To nie było bynajmniej miejsce dla osoby w moim wieku. Uświadomiłam sobie, że jest to walka na śmierć i życie między śmierciożercami, a następnymi niewinnymi ludźmi. Chciałam mieć nadzieję, że moja matka w tym wszystkim nie uczestniczy i jest bezpieczna gdzieś w domu, nie musząc narażać swego życia oraz niewinnych ludzi dla fanaberii jakiegoś okrutnego czarodzieja. Nagle wszystkie zakapturzone postacie zbiegły się w krąg wokół wszystkich zabitych i w środku pojawił się wysoki śmierciożerca. Zdjął maskę i zobaczyłam czerwone oczy. Zrzucił kaptur z głowy. W spaźmie odchylił się do tyłu i zaczął się przerażająco śmiać. Poczułam że włosy jeżą mi się na plecach i gdy skończył rzekł:
- Nikt nie może się sprzeciwić Lordowi Voldemortowi! A kto to zrobi czeka go śmierć tak jak tych głupców Morrisów… Radze o tym pamiętać. Czarny pan was chroni, póki stoicie po jego stronie. Na tym świecie nie ma dobra i zła. Jest tylko potęga i władza!

Wszystko mnie bolało. Czułam jakbym miała pod powiekami piasek. Otworzyłam oczy i zobaczyłam wpatrujące się we mnie przerażone oczy ojca.
- Córeczko co się stało?! Na merlina już wróciłaś. Jak dobrze tak się martwiłem – trzymając mnie na rekach pośrodku polany ojciec wtulił mnie w siebie – Już wracamy do domu kochanie.
- Tato… - wycharczałam cicho.
- Już spokojnie kochanie, zaraz będziemy w domu – powiedział gładząc mnie po głowie.
- Tato oni nie żyją…
- Co ty bredzisz Liz?!
- Śmierciożercy zamordowali Morrisonów… - powiedziałam słabnącym głosem.
- Co?!

Słowa ojca odbijały mi się dalej echem. Widziałam kolorowe błyski i na koniec okrutny śmiech Voldemorta. Nie miałam pojęcie co się dalej ze mną działo. Zemdlałam…




komentarze [8]



Tytuł: REAKTYWACJA ^_^
Wyszło spod pióra: niedziela, 3 grudnia 2006 21:42:01

Taaak, taaak oczy was nie mylą właśnie skończyłam pisać nowy rozdział. Dodam go jak tylko porobie poprawki w poprzednich rozdział. Głównie pozmieniają sie słowa niektóre zdania,ale sens pozostanie ten sam :) Jednak dla spokoju ducha radziłabym poczytać, bo pewnie połowa już nie pamięta kto to Liz, Alfrad itp. Bo Syrka raczej wszyscy pamiętają :D Także zapraszam. Jak tylko wszystko zrobię to napisze do wszystkich w komentarzach o dobrej nowinie i będzie można wejść poczytać :)
Już zapomniałam, że pisanie sprawiało mi taka ogromną przyjemność... :)

Dziękuje kochanie, że namówiłeś mnie do pisania KCK <3 :*
Pozdrawiam wszystkich i ściskam :*:*:*
I niech magia trwa...
komentarze [3]








Designed by Elen
Specially for Lizzy
Dodatki & HTML by Lizzy
Picture from Kordelia
***All rights reservet!!! Inaczej dam z glana!***