Tytuł: Wraaaacam :D
Wyszło spod pióra: sobota, 21 czerwca 2008 13:20:37

Tak tak jestem wrednym gumochłomem,że tak Was zostawiłam bez żadnych oznak życia Ale już jest po mugolskich owutemach i mogę odsapnąć, nie licząc składania papierów na studia :) Tak więc z nowym zapałem zabieram się za pisanie i mam nadzieję, że ta notka będzie lepsza od poprzednich i mimo upływu czasu nie straciłam tej świeżości w pisaniu... Jak umieszczę notkę to Was powiadomię w komentach :) Trzymajcie się kochani :*
Pozdrawiam Liz ^^
komentarze [3]



Tytuł: Matura to bzdura,a jednak...
Wyszło spod pióra: niedziela, 28 października 2007 21:53:25

Następna nieznośna przerwa... Niestety matura w tym roku i musze się wziąść za siebie,żeby się dostać na wymarzoną politechnikę. Wszystkich bardzo przepraszam :(
Pozdrawiam :*
komentarze [8]



Tytuł: ~Rozdział 11 – Nowa tajemnica~
Wyszło spod pióra: poniedziałek, 13 sierpnia 2007 11:09:03

********************

No wkońcu wyszło mi coś sensownego i skończyłam męczarnie nad tym rozdziałem. Jest taki przejściowy,ale mam nadzieję, że sie wam spodobają te 3,5 strony w Wordzie :) Jest jedna zmiana - mianowicie narracja już nie jest pierwszoosobowa, w 3osobowej można o wiele więcej szczegółów umieścić :) Jestem ciekawa jak mi to wychodzi więc piszcie co o tym sądzicie :)
Szablonik się robi - grafikę już zrobiłam tylko teraz muszę się skupić na htmlu :) Wielkie dzięki przy grafice dla ""Kitty"" ona już wie dobrze za co :*:*:*
No to już nie ględzę i zapraszam do czytania :)
********************

Następnego ranka Lizzy czuła się bardzo obolała. Nie mogła sobie przypomnieć co było tego przyczyną. Wiele nie myśląc usiadła na łóżku jednak pulsujący ból głowy który ją chwycił był nie do zniesienie, więc dając za wygraną przetoczyła się tylko na drugi bok. Po sekundzie poczuła coś miękkiego i ciepłego przytulającego się jej do głowy, był to kuguchar Gosby. Jej psidwak, zwięrzę praktycznie takie same jak pies różniące się jedynie rozdwojonym ogonem, leżał teraz na podłodze i popiskiwał przez sen. Nagle po chwili się obudził i wystraszony wskoczył dziewczynie na łóżko. Lizzy niemiała najmniejszej ochoty wstawać lecz jej plany najwyraźniej popsuła sowa pukająca w szybę za zasłoniętym oknem, domagając się natychmiastowego wpuszczenia. Nudząc się już leżeniem i słuchaniem nieznośnego pykania dziewczyna mimo bólu głowy, ociągając się ruszyła odsłonić granatowe kotary trąc sobie przy tym oczy. Uchyliła lufcik dla sów przez który wleciał domowy puszczyk Regis, natychmiast rozsiadając się na żerdzi i wyciągając posłusznie nóżkę z przyczepionym listem. Liz z na wpół zamkniętymi oczami machinalnie odpięła list, podziękowała Regisowi za dostarczenie czułym pogłaskaniem, na co ten zareagował cichym pohukiwaniem i zajął się dziobaniem smakołyków dla sów. Dziewczyna rozpieczętowała mały pergamin i zaczęła czytać.

Lizzy!
Mam nadzieję, że dzisiaj się już obudzisz. Masz kategoryczny zakaz powiedzenia mamie co się naprawdę stało, jak wrócę do domu to Ci wszystko wyjaśnię to nie jest absolutnie sprawa do załatwienia poprzez listy. Mama myśli, że spadłaś z dużej wysokości z miotły i ma tak zostać! Nie wolno Ci jej powiedzieć prawdy dla naszego dobra. Powinnaś się domyśleć o co chodzi z pierwszej strony dzisiejszego Proroka, więcej Ci powiedzieć nie mogę. Zniszcz ten list żeby nie trafił w niepowołane ręce.
Tata


Na początku oniemiała dziewczyna nie wiedziała o co chodzi. Co to za wyrzut jej robił ojciec jakby spała codziennie do dwunastej. Ot wielka jej rzecz, zdarzyło się jej dzisiaj trochę dłużej. Przeszła naokoło łóżka i wrzuciła liścik do kosza który zaczął memlać głośno przekąskę i cicho odbeknął. Odwróciła się w stronę okna, spojrzała na ciemne chmury sunące po niebie i zaczęła sobie po chwili wszystko przypominać. Niedowierzała… Sama w sobie nie chciała by prawdą okazała się śmierć Morrisonów. Powtarzała sobie cicho, że to co wczoraj ujrzała było tylko wytworem jej chorej wyobraźni. Chciała by wczorajsze zdarzenie było tylko banalnym zawrotem głowy a oni pili sobie teraz w domu spokojnie kawkę. Jednak jej wizja była tak wiarygodna… Dreszcz ją przeszedł na samą myśl o tym jak namacalne były każde czary rzucane przez czarnoksiężników. Zaczęła sobie przypominać jak czuła każdy powiew i przerażającą moc przelatującego obok zaklęcia. Widziała tych wszystkich śmierciożerców z bezbronnymi czarodziejami. To wszystko ją przerażało. Postanowiła zejść na dół, ponieważ tylko tak mogła się czegokolwiek dowiedzieć o wczorajszej wizji. Z tego co powiedział w liście jej ojciec wszystkiego mogła się dowiedzieć z porannej gazety. Nie myśląc już o tępym bólu wzięła z fotela swój ciemnozielony szlafrok i zataczając się wyszła z pokoju na korytarz kierujący się na schody. Jedne piętro pokonała bez przeszkód, ale schodząc dalej musiała mocno przytrzymać się poręczy, żeby nie stoczyć się wprost na sam dół. Nie miała pojęcia, czemu ta wizja tak ją wyczerpała i miała się zamiar tego dowiedzieć. Ostatkiem sił zatoczyła się do salonu i upadła na najbliższą sofę. Zamknęła na chwilę oczy. Siadając zebrała się w sobie i sięgnęła drżącą ręką po leżącą przed nią gazetę. Gdy dotknęła gazety ogarnęło ją przemożne uczucie smutku. Nie spodziewała się po tym niczego dobrego. Nie wiele myśląc rozwinęła rulon gazety.
- Nie… - cała drżąc szepnęła patrząc na ruchomą fotografię przedstawiającą uzdrowicieli lewitujących przykryte białymi płótnami ciała ludzi. Nagłówek głosił, że rodzina Morrisonów została zamordowana przez popleczników Voldemorta. Dziewczyna trzęsąc się z opanowującego ją zimna zaczęła cicho czytać artykuł.
- Z wstępnych danych aurorów i uzdrowicieli udało się wywnioskować, że tego straszliwego mordu dokonano krótko po czwartej rano… - urywając w pół zdania dziewczyna rozszerzyła zszokowane oczy – chyba im się coś pokiełbasiło, przecież ja to zobaczyłam koło godziny dwudziestej. Pewnie źle określili czas zgonu, albo… - zakrztusiła się własną śliną gdy dotarła do niej ta piorunująca myśl. Ona to przewidziała… Ale czemu ona to zobaczyła? Zszokowana tym czego się dowiedziała z gazety pomyślała, że to właśnie o tym chciał z nią porozmawiać ojciec. Co prawda jej prababką byłą słynna jasnowidząca, ale przecież mała dziewczynka nie może być jasnowidzem, poza tym nie miała wcześniej podobnych wizji. Zmęczonej dziewczynie mózg zaczął pracować na najwyższych obrotach i zaczęło do niej powoli coś dochodzić.
- Te moje wszystkie przeczucia… - w tym momencie uzmysłowiła sobie, że prawdopodobnie coś w tym jest. Zawsze jak nie wiedziała co robić kierowała się swoim przeczuciem, na dodatek miała wspaniałą intuicję i wyczuwała zagrożenie. Może to tylko przebłyski jasnowidzenia odziedziczone po prababce. Te myśli zaczęły jej się kręcić w głowie z zawrotną prędkością, a ją trochę zemdliło. Od wczorajszej przekąski przed lataniem nie miała nic w ustach. Zaklaskała i z cichym pyknięciem aportowała się przed nią Marla.
- Panienko! – skrzatka zakryła sobie długimi uszami oczy z przerażenia i zaczęła tłuc się piąstką w głowę – Głupia skrzatka. ŁUP. Pozwoliła panience wyjść z łóżka. ŁUP.
- Na latające gargulce przestań Marlo – powiedziała Lizzy z niepokojem patrząc na poczynania skrzatki – Na odpokutowanie możesz mi zrobić śniadanie, czuję że wnętrzności przykleiły mi się do kręgosłupa – uśmiechnęła się blado, rzuciła gazetę spowrotem na stolik do kawy i rozwaliła się wygodnie na sofie zamykając oczy myśląc, że to choć trochę zmniejszy ból.
- Tak jest panienko Lizzy – zamiotła nosem podłogę – po trzech dniach spania na pewno panienka musiała strasznie zgłodnieć. Zaraz będzie śniadanie – i nim do dziewczyny zdążyły dojść słowa skrzatki ta cicho aportowała się do kuchni.
- Że co do skrofungulusa?! Trzy dni spałam? – w ciężkim szoku zaczęła na nowo analizować sytuację – czy ja zawsze musze się wszystkiego sama dowiadywać – zirytowana nagłym zniknięciem skrzatki sięgnęła jeszcze raz po gazetę jednak jej uwaga tym razem skupiła się na dacie widniejącej pod tytułem gazety.
- Na pędzące hipogryfy! – nie mogła uwierzyć w to, że jej wizja miała trzydniowe wyprzedzenie. Teraz była jeszcze bardziej zbita z tropu. Z tych rozmyślań wyrwał ją tym razem Konstel biegnąc w jej kierunku, chlapiąc swymi małymi nóżkami po posadzce i trzymając nad sobą tacę z fiolkami o przeróżnych kolorach.
- Rodzice kazali wypić panience te eliksiry – powiedział zdejmując z nad siebie tacę i stawiając ją przed dziewczyną zniesmaczoną widokiem wszystkich tych paskudnie niedobrych eliksirów.
- A na pewno muszę je wypić? – zapytała niewinnie z nutką nadziei. Na sam ich widok robiło się jej niedobrze.
- Wybaczy mi panienka, ale to rozkaz jaśnie państwa – ukłonił się i począł podsuwać jej pod nos fiolki. Z wielkim bólem wypiła pierwszą miksturę, a potem następne stwierdzając że gdy zatyka nos i nie czuje ich odoru przechodzą łatwiej przez gardło.
- Fuj… Ekhm, ekhm – zakaszlała mając wrażenie, że zaraz całe to paskudztwo zwróci na skrzata – powiedz, że to już koniec Konstelu. Jak wypiję jeszcze coś to chyba nie dolecę do łazienki – powiedziała krzywiąc się przy tym strasznie, wycierając sobie usta rękawem szlafroka i patrząc tęsknie na pyszne tosty i jajecznice na bekonie zbliżające się w rękach idącej skrzatki.

***

Pod wieczór dziewczyna siedziała w łóżku i po raz enty tego dnia piła swoją cogodzinną dawkę eliksirów przeklinając je i przysięgając sobie zresztą jak co godzinę, że następnej dawki tego paskudztwa nie da sobie już wepchnąć do ust.
- Ble… Konstelu ja już naprawdę czuję się świetnie, dajmy już spokój tym eliksirom – i urwała przysłuchując się odgłosom nabiegającym z dołu. Właśnie jej ojciec wszedł do domu, zdjął płaszcz i poprosił Marle o kolacje z góry słysząc krzyki.
- Tato! Ratunku Konstel chce mnie otruć tymi wszystkimi parującymi i śmierdzącymi eliksirami, jeszcze jeden i wyhaftuje cały pokój!!! – darła się zasłaniając od eliksiru którego podawał jej skrzat.
- Masz wszystko wypić i ani mi się waż oponować – powiedział groźnie pan Black wchodząc do pokoju omiatając peleryną wszystko dookoła i siadając obok córki.
- Tato to jest niepotrzebne zobacz już czuję się wspaniale – dziewczyna uśmiechnęła się pokazując komplet białych zębów. - Jestem nasączona tyloma eliksirami, że pewnie zacznę w nocy świecić. A krew mogłaby posłużyć jako antidotum na wszystkie świństwa tego świata – powiedziała naburmuszona i patrzyła na ojca z wyrzutem.
- A nie praw mi tutaj takich farmazonów Lizzy tylko łykaj – nie zdążyła nic zrobić bo zniecierpliwiony ojciec wcisnął jej łyżkę najobrzydliwszego eliksiru do ust. Pan Black wyraźnie się cieszył, że Lizzy odzyskała przytomność i ma się już tak dobrze. Ta z wielkim grymasem przełknęła i przypominając sobie o całym zajściu zwróciła się do ojca już poważnym tonem.
- Tato jakim cudem mogłam przepowiedzieć coś z takim wyprzedzeniem? – wyraźnie poruszona wpatrywała się w ojca swoimi stalowo szarymi oczami.
- Możesz już odejść Konstelu, sądzę że już więcej eliksirów nie trzeba – zwrócił się rzeczowo do skrzata.
- Tak jest sir, skrzat wszystko posprząta sir – dodał wytrzeszczając posłuszne oczy na tatę i klapiąc bosymi stópkami wybiegł trzymając nad sobą tacę z medykamentami.
Pan Black spoważniał i błędnie wpatrując się w siedzącego na żerdzi Regina przemówił zdając się ważyć każde słowo przed wypowiedzeniem go.
- Wiesz Lizzy na niczym się w pracy nie mogłem skupić przez te trzy dni myśląc o twoim problemie.
- Ależ jakim problemie. Przecież ja tylko miałam wizje – powiedziała szybko zaskoczona i nieśmiale skończyła – a że trafiła mi się trochę przerażająca jak na pierwszy raz to może nic nie znaczy. Może to był tylko sporadyczny przypadek – wypowiedziała swoje myśli z nadzieją wyczekując co na to powie jej ojciec. Pan Black spojrzał zaskoczony na nią jak gdyby jej nie znał.
- Lizzy naprawdę nie sądziłem, że wykażesz się taką nieświadomością. Przecież wiesz, że w świecie czarodziei jasnowidzenie jest darem… - urwał patrząc na nią z niepokojem zastanawiając się czy to co teraz powie nie wystraszy jej, ale mimo wielkiej guli w gardle na wydechu rzekł – bardzo niebezpiecznym… - z ulga że to jednak powiedział, spojrzał troskliwie na oniemiałą córkę.
- Co masz na myśli? Zaczynam się bać, nie strasz mnie tato. – szepnęła jakby jej słowa miały zbudzić czającego się obok wielkiego trola gotowego ich pożreć.
- Chodzi mi o to, że w tych czasach gdy Czarny Pan jest w pełni sił nie mądrym byłoby ujawniać, że córka jego śmierciożerczyni widziała jego ostatni mord trzy dni wcześniej w swojej wizji. Nie rozumiesz, że on mógłby chcieć cię wykorzystać do swoich planów. Źli ludzie zawsze chcieli znać swoją przyszłość i gdy okazywała się ona dla nich niepomyślna to na początku głowę za to tracili ci którzy to przewidzieli. Z tego co mi mama mówiła to Czarny Pan doskonale potrafi czytać w myślach i zawsze wyczuje, gdy ktoś coś ukrywa lub kłamie. Mama bojąc się o ciebie mogła by próbować ukryć myśli o tobie, a przez zdenerwowanie sprawiłaby tylko, że jeszcze łatwiej dałyby się wysondować. Czy już wiesz o co mi chodzi? – spytał patrząc się na córkę jakby ktoś miał ją zaraz porwać i zabić.
- To znaczy, że nikt. A ty bardziej mama nie może się dowiedzieć o moim przypadku… - Lizzy spuściła głowę i patrzyła się na swoje palce zaciskające się bezwiednie na pościeli upstrzone księżycami. Wiedziała, że tajemnice w tym domu nie wpływały dobrze na stosunki rodzinne.
- Dokładnie oto mi chodziło – powiedział trochę raźniej pan Black.
- Myślisz tato, że to się jeszcze powtórzy – zaniepokojona wpatrywała się w ojca oczekując jego wyroku.
- Szczerze mówiąc to myślę, że to się już nie powinno powtórzyć – powiedział to unikając jej wzroku - na tę rozmowę jeszcze przyjdzie pora, tymczasem zejdź na dół bo Marla upichciła pyszną kolację i szkoda żeby się zmarnowała. Dla bezpieczeństwa ani mi się waż mówić o tym mamie, pamiętaj – zakończył wstając i szybko wychodząc z pokoju.

Lizzy miała straszna gonitwę myśli, a tym bardziej nie miała ochoty na kolację. Wyczołgała się spod kołdry i udała do łazienki. Podeszła natychmiast do lustra. Spoglądały na nią stalowo-szare oczy, a pod nimi widniały wielkie ciemne wory. Włosy nie czesane od trzech dni, pozwijane w kłaki opadały jej na ramiona, a cera wydawała się jakby trochę bledsza. Te dni spędzone w łóżku na pewno nie przyczyniły się dobrze jej urodzie.
- Tak to nie będzie. Wyglądam jak jakaś marna wygłodniała wampirzyca – spoglądnęła ostatni raz w swoje wynędzniałe odbicie i rozpoczęła przygotowania do swojej ulubionej kąpieli. Napuściła gorącej wody, dodała płynu bąbelkowego, który sprawiał że wszędzie w łazience unosiły się bańki mydlane. Wlała swój ulubiony olejek czekoladowy do magicznego domku z wodą który natychmiast zaczął bulgotać i uwolnił przepysznie czekoladowy zapach. Lizzy już lekko odurzona buchającym gorącem, wirującymi bańkami i intensywnym zapachem czekolady wskoczyła do wanny zanurzając się w rozmyślaniach. Nie chciała by takie wizje stały się częstsze, jednak zaczęła się w niej budzić chęć poznania swojej przyszłości. To na pewno nie jest takie złe jak mówił jej ojciec. Jedynie musiałaby to ukrywać.
- Fajnie było by zostać jasnowidzem. Przynajmniej nie wyszłabym na idiotkę, gdybym przewidziała że jakaś dziewczyna będzie miała taka sama sukienkę na balu – rozpromieniona korzyściami jakie płynęłyby z jasnowidzenia uśmiechnęła się do siebie i dała nura pod wodę. Już zaczęła tęsknić za darem, którego może jeszcze wcale nie otrzymała.

Po wszystkich zabiegach pielęgnacyjnych wyszła w końcu z łazienki cała rumiana i udała się prosto do spania. Umościła się wygodnie w łóżku i jak na komendę wskoczyły na pościel zwierzaki. Bucky położył się po lewej stronie domagając się drapania za uchem poprzez trącanie ręki Liz, a Gosby jego totalne przeciwieństwo wtulił się mięciutko w jej prawy bok.
- Ależ z was pieszczochy niepoprawne – gadała do zwierząt jakby były małymi różowymi bobaskami i rozpoczęła czochranie ucha Buckiego i głaskanie brzucha Gosbiego – wy się chyba zabiedzicie beze mnie, gdy będę w Hogwarcie – spojrzała troskliwie na swoich podopiecznych dostrzegając smutny wyraz ich pyszczków jakgdyby wszystko zrozumiały. Żałowała że nie będzie mogła ich wziąć ze sobą do szkoły, no ale reguły są jasne – jedno zwierzę. Przed zaśnięciem Lizzy myślała jeszcze o rozmowie z ojcem. Dopadło ją uczucie, że ojciec nie powiedziała jej wszystkiego, tylko nie wiedziała czemu i zaczęło ją to bardzo intrygować. Co jak co ale na swoim przeczuciu polegała bez cienia wątpliwości.
- Dowiem się tego co przede mną ukrył, choćby nie wiem co… - ziewnęła i prawie natychmiast zasnęła. Śniły się jej zamiast wirujących baniek małe kryształowe kule, które próbował łapać Gosby, a na koniec leciała na nią wielka włochata bahanka śmiejąca się z dziewczyny że nie przewidziała tego ataku. Jednak Lizzy potem nie pamiętała tego snu…

komentarze [14]



Tytuł: Robi się :)
Wyszło spod pióra: wtorek, 29 maja 2007 17:23:01

Notka sie piszę mam teraz trochę wolnego czasu :) Jak będzie to powiadomię wszystich,którzy mnei mają w ulubionych :) Pozdrawiam :*:*:*
komentarze [9]



Tytuł:
Wyszło spod pióra: czwartek, 15 marca 2007 13:00:11

Przedłużenie... Żeby bloga nie zamknęli :(
komentarze [16]



Tytuł: ~Rozdział 10 – Latanie~
Wyszło spod pióra: piątek, 29 grudnia 2006 23:50:22

********************

Tak właśnie nadejszła ta wiekopłomna chwiła ^^ Notka została dodana i tym bardziej,że już z właściwą treścią :) Chciałam bardzo podziękować paru osobom za nią. Krzysiowi,że popchnął mnie w kierunku pisania na nowo, dziękuję kochanie :* Kasiulce, że razem ze mną jest maniaczką HP ^^ I tym wszystkim którzy czytali te moje rozdziały z wypiekami na twarzy i potem mnie skutecznie molestowali o nowe notki :) Za to serdeczne Bóg zapłać :P Więcej już nie nudzę,zapraszam do czytania i przepraszam, że tyle to wszystko trwało :)
********************



Święta minęły w o wiele zdrowszej atmosferze, niż zazwyczaj. Najważniejsza tajemnica tego domu została odkryta. Od tego momentu dużo się zmieniło. Rodzice czuli się swobodniej w rozmowie, gdy byłam obok. Już nie musieli uważać, żeby się przypadkiem przy mnie nie wygadać. Dopiero teraz odzyskałam mamę. Stała się najnormalniejsza na świecie. W domu już nie prawiła mi kazań na temat mugoli. Wyjaśniłyśmy sobie po prostu, że wśród innych musze zachowywać się, jak na córkę śmierciożerczyni przystało. Na początku było mi ciężko. Szło mi to opornie, ale później już lepiej. Nigdy nie lubiłam tego robić. Jednak nastawienie mojej mamy względem innych ludzi nie zmieniło się ni o krztynę. Nadal była taka jak wcześniej - zimna i niemiła.

***

Nadeszło pierwsze ocieplenie i wiosna zaczęła się zbliżać dużymi krokami. Im bliżej wiosny, tym bliżej lata, a po lecie jest jesień i Hogwart! Razem z Syriuszem odliczaliśmy dni do rozpoczęcia roku szkolnego. Miałam lęk przed nieznanym, mimo że rodzice od zawsze mi opowiadali niesamowite historie o tej szkole. Za to Syriusz był całkowicie pochłonięty pójściem do szkoły. Od świąt nie mówił o niczym innym oprócz Hogwartu. Zresztą nie dziwie mu się. Na jego miejscu też bym chciała jak najszybciej pójść do szkoły. Z taką rodzinką, to on nie miał w domu lekko.
***

Pewnego ciepłego, wiosennego popołudnia, gdy siedziałam razem z mamą w bibliotece i uczyłam się formuł przydatnych zaklęć, do domu wcześniej przyszedł tata.
- Witaj Konstelu – dało się słyszeć tatę w przedpokoju.
- Hej moje piękne, gdzie jesteście? – wchodząc do salonu krzyknął tata.
- W bibliotece Alfradzie- odpowiedziała mama nie odrywając się od książki.
Usłyszałyśmy kroki w salonie, następnie szczęk dźwigni otwierającej przejście do biblioteki i wkroczył uśmiechnięty od ucha do ucha ojciec.
- Cześć dziewczyny – zagadnął wesoło.
- Witaj Alfradzie, co się stało, że puścili cię przed siedemnastą z ministerstwa? – spytała mama odkładając na stolik ogromną księgę Najpotrzebniejszych Zaklęć Walfonda Craftbolta.
- Miałem dzisiaj trochę mnie licencji niż zwykle i skończyłem wszystko przed południem. Zaszedłem do Gronana Kikuta i poprosiłem go o wcześniejsze zwolnienie dzisiaj z pracy. A że poczciwy Minister Magii mnie lubi, to kazał mi tylko zdać raporty z wydanych licencji do archiwum i byłem wolny. Powiedziałem mu, że kupiłem dla mojej córki najnowszy model miotły i chciałbym ja nauczyć latać. A on mi na to, że powinienem wziąć na taka okazję dzień wolnego. Potem mi zaczął opowiadać, jak to on świetnie uczył swoje dzieci latać i dlatego dopiero teraz jestem, a nie godzinę wcześniej. No ale trudno się mówi – powiedział tata rozsiadając się na fotelu naprzeciwko nas – To co polatamy Lizzy?
- Hej młoda damo, a nauka to co? Przed Hogwartem też trzeba się czegoś nauczyć. Nie możesz przynieść nam wstydu jak pójdziesz do szkoły – mama wskazała na opasłe tomisko z zaklęciami.
- Na naukę jeszcze znajdzie się czas. Zresztą na razie i tak uczę się tylko inkantacji wraz z gestami. Za wiele mi to nie pomoże w czarowaniu – pokazałam komplet zębów.
- Lizzy ma rację – powiedział niewinnie tata – tymczasem Stell wiesz, czy mamy jeszcze eliksir wzmacniający oraz ten drugi na złamania?
- Poczekaj sprawdzę w składziku – przeszła całą długość biblioteki, skręciła w małe boczne drzwi prowadzące do naszej domowej warzelni eliksirów. Na tych drzwiach był wyrzeźbiony kocioł postawiony na ogniu. Rzeźba była tak zaczarowana, że sprawiała wrażenie jakby płomienie pod kominkiem poruszały się. Po sekundzie wróciła mam i oznajmiła:
- Jest wszystko na złamania oprócz eliksiru wzmacniającego. Także wy sobie polatajcie, a ja pójdę uzupełnić braki. Tylko uważaj na Elizabeth, żeby mi się nie połamała.
Tak szybko jak się pojawiła, tak i znikła za drzwiami z kociołkiem.
- Ee... Tato, a czy te eliksiry są konieczne? Wiesz, że nie cierpię ich pić. Są paskudne – powiedziałam krzywiąc się okropnie.
- Chyba lepiej wypić eliksir w domu, niż pójść do Św. Munga i tam leżeć przy starych i paskudnych czarownicach z ogromnymi bąblami na twarzy i pojękujących obok czarodziejach – po tych słowach przeszedł mnie dreszcz. Ten argument wystarczył mi w zupełności.
- Wiesz, skoro to jest konieczne – powiedziałam z niemrawą miną.
- No… Widzę, że się rozumiemy – rzekł z uśmiechem – A teraz leć na górę po miotłę i się przebierz, a ja będę czekać na dworze – nie czekając na odpowiedź wymaszerował z biblioteki wartkim krokiem.

W tym czasie przeszłam na drugi koniec biblioteki mijając kilka regałów z księgami i odłożyłam „Najpotrzebniejsze zaklęcia dla początkujących” do działu zaklęć. Wychodząc pstryknęłam palcami w stronę pochodni palących się po obu stronach regałów, które najpierw zaczęły falować, aż w końcu zgasły. Zadowolona, że w końcu udało mi się opanować tą umiejętność, udałam się na górę. Przebiegłam wszystkie piętra przeskakując naraz po dwa schodki. Wpadłam do pokoju z rozmachem otwierając drzwi i podeszłam do garderoby z której gorączkowo zaczęłam wyrzucać na łóżko potrzebne odzienie. Wyciągnęłam cieplejszą granatową pelerynę i spodnie kupione specjalnie na miotłę, abym sobie na pierwszy raz tyłka nie poobcierała jak to ojciec stwierdził. Wyleciałam z garderoby, która na moje szczęście sama się zamykała i otwierała, gdy tylko dotykałam drzwi. Ubrałam się pospiesznie w między czasie zganiając zwierzaki z łóżka. Zabrałam Spadająca Gwiazdę spoczywającą spokojnie na stojaku i prędko zbiegłam na dół. Wpadłam na chwilę do kuchni, sprzątnęłam ostatnie dyniowe paszteciki Marli ze stołu i wyleciałam na taras, gdzie czekał już na mnie tata lekko huśtając się na bujanej ławie.
- Oho… Chyba naprawdę chcesz się nauczyć latać – powiedział z mina wyrażającą zdumienie moim szybkim zejściem.
- Jeszcze się pytasz… Tylko… eee, gdzie my pójdziemy latać skoro wszędzie dookoła mieszkają niemagiczni? – zapytałam trochę zbita z tropu.
- O to niech cię głowa nie boli… Trzymaj mocno miotłę i złap mnie za rękę – posłusznie wypełniłam polecenie taty i obok żywopłotu odgradzającego nas od ulicy teleportowaliśmy się. Tata poprosił ministerstwo o rzucenie zaklęcia blokującego teleportację na naszą posesje. W tych ciężkich czasach była to forma bezpieczeństwa z której korzystała większość czarodziejów. Nigdy nie lubiłam teleportacji, o uczucie było strasznie paskudne. Miało się wrażenie, że wszystkie wnętrzności się zwijały i mózg ściskał się do wielkości orzeszka ziemnego. Ale czego się nie robi dla pierwszej lekcji latania. Po jakiejś minucie wirowania w kółko znaleźliśmy się na środku nieznanej mi dotąd polany. Wglądała na odosobnioną jednak jak dla mnie było na niej trochę za ciemno.
- No dobra Liz teraz wsiądź na miotłę, tak jak ja… No tak… Ale tę nogę musisz ułożyć w ten sposób, bo inaczej się ześlizgniesz i pamiętaj trzymaj się mocno, choćby nie wiem co. Na skomplikowane złamanie mama nie ma eliksiru, a i ja nie chcę stracić głowy, że pozwoliłem aby ci się coś stało.
- No dobra, dobra… Wiem przecież, będę się trzymać. To już mogę się wzbić, czy masz dla mnie jakieś drogocenne uwagi – powiedziałam z ironią.
- Troszkę milej młoda damo, nie pozwalaj sobie. Dobra, a teraz wznieś się parę stóp nad ziemie i wyląduj kierując kij do dołu, no hop…
Wzbiłam się niepewnie w górę, jednak miotła za wszelką cenę nie chciała zlecieć w dół i tata musiał mnie ściągać.
- Czemu ta miotła nie chce reagować? – spytałam zirytowana.
- Zapomniałem, że trzeba najpierw przyzwyczaić do siebie miotłę, tak… Tak moja stara profesor Quickeagle zawsze krzyczała na pierwszych lekcjach latania jak ktoś zapomniał przyzwyczaić miotły do siebie. Biedne pierwszaki zawsze miały stracha przed tą lekcją, słysząc pogłoski o niej
- Co ty wygadujesz tatko, przecież to tylko kawałek zaczarowanego kija. To raczej ja mam się do tej miotły przyzwyczaić.
- Jak wolisz, ale nie chce widzieć, twoich szczątek na drzewach, więc lepiej się raz posłuchaj swego staruszka.
- No niech ci będzie, co mam robić? – zaintrygowana postanowiłam wykonywać wszystkie polecenia.
- Połóż miotłę płasko na ziemi witkami do tyłu i unieś swoja prawą rękę nad miotła i bardzo pewnym siebie i władczym głosem powiedz do mnie…
- Ale to głupie… Do mnie – zdegustowana prostotą polecenia wypowiedziałam formułkę, ale o dziwo nic się nie stało. Wydało mi się jedynie, że miotła drgnęła.
- W tym wypadku możesz się domyślić, że nawet jakbyś wsiadła na miotłę to ta by się ciebie nie słuchała i byś poleciała hen, hen daleko póki bym ciebie z góry nie ściągnął. Tak więc teraz spróbuj powiedzieć to bardziej stanowczo – z nadzieją przyglądał się moim poczynaniom.
- To raczej nie powinno być trudne – zrobiłam tak jak kazał, jednak miotłą tylko leniwie podniosła kij i opadła spowrotem na ziemię.
– O nie tak to nie będzie wredny drągu. DO MNIE!!! – ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu miotła szybciutko uniosła się do mojej ręki i stabilnie się w niej utrzymywała. Z poczuciem wielkiej satysfakcji spojrzałam na tatę, w celu otrzymania od niego dalszych instrukcji.
- No brawo Liz… Już powoli traciłem nadzieję. Widać latanie masz po matce – zaśmiał się tata – a teraz wsiadaj i rób tak jak ci wcześniej mówiłem.
- Bra tatku – wskoczyłam już pewniej i wzniosłam się nad ziemię. Miałam już przynajmniej pełna kontrolę nad nią i korzystając z okazji zatoczyłam koło wzdłuż ściany drzew otaczających polanę, wprawiając pelerynek w miłe dla ucha łopotanie.
- No wspaniale córeczko – zaklaskał – jednak się myliłem latanie masz po mnie może i będziesz grała na pozycji pałkarza w Hogwarcie tak jak ja za młodu – rozmarzył się tata.
- Fajnie by było tylko musiałabym nauczyć się odbijać tłuczki, nie sądzisz?
- Pójdzie ci jak spłatka – uśmiechnął się.
- Mam nadzieję. A teraz może polatamy nad lasem? Chciałabym sprawdzić jaką prędkość rozwija ta miotła. Co ty na to, hee? – powiedziałam z kocimi błagalnymi oczkami.
- Niech ci będzie tylko jak powiem w dół to nurkuj do lasu. Może się zdarzyć, że będą latać jakieś samoloty, chociaż unosi się dzisiaj sprzyjająca dla nas mgła.
- Tato w taka pogodę żaden niemagiczny nie wsiądzie ci do tych blaszanych pudeł, zresztą nie wiem jak można w tym latać.

Lataliśmy sobie tak z godzinę. Tata w tym czasie nauczył mnie jak robić korkociągi i zwisy. Opowiadał mi przy tym o meczach w których brał udział i o kilku akcjach w których dzięki zwisowi do góry nogami na miotle uniknął oberwaniem tłuczkiem w głowę, który wyskoczył mu znienacka. Czułam się wspaniale tak latając i czując powiew zimnego angielskiego powietrza. Nawet nie zauważyłam jak zaczęło się ściemniać, łapiąc kolejne podmuchy wiatru w szaty. Nagle mnie zamroczyło. Czułam, że kreci mi się w głowie i zaczynam spadać. Straciłam poczucie rzeczywistości, tak jakbym się gdzieś przeniosła. Stałam po środku jakiejś magicznej walki. Byłam zdezorientowana tym gdzie się znalazłam, spostrzegłam, że nikt mnie nie zauważył. Pełno było zakapturzonych postaci i normalnych czarodziejów. Wszyscy rzucali w siebie coraz to nowe zaklęcia. Ku memu przerażeniu widziałam zielone błyski, a zaraz dotknięci tym zaklęciem czarodzieje padali bez życia. Zdążyłam tylko zobaczyć ich zaskoczone otwarte oczy. Byłam przerażona tym widokiem. Czułam paniczny strach, nigdy nie widziałam jak ktoś umiera. To miejsce w którym się znalazłam było straszne i pełne cierpienia. Chciałam jak najszybciej się stamtąd wydostać. To nie było bynajmniej miejsce dla osoby w moim wieku. Uświadomiłam sobie, że jest to walka na śmierć i życie między śmierciożercami, a następnymi niewinnymi ludźmi. Chciałam mieć nadzieję, że moja matka w tym wszystkim nie uczestniczy i jest bezpieczna gdzieś w domu, nie musząc narażać swego życia oraz niewinnych ludzi dla fanaberii jakiegoś okrutnego czarodzieja. Nagle wszystkie zakapturzone postacie zbiegły się w krąg wokół wszystkich zabitych i w środku pojawił się wysoki śmierciożerca. Zdjął maskę i zobaczyłam czerwone oczy. Zrzucił kaptur z głowy. W spaźmie odchylił się do tyłu i zaczął się przerażająco śmiać. Poczułam że włosy jeżą mi się na plecach i gdy skończył rzekł:
- Nikt nie może się sprzeciwić Lordowi Voldemortowi! A kto to zrobi czeka go śmierć tak jak tych głupców Morrisów… Radze o tym pamiętać. Czarny pan was chroni, póki stoicie po jego stronie. Na tym świecie nie ma dobra i zła. Jest tylko potęga i władza!

Wszystko mnie bolało. Czułam jakbym miała pod powiekami piasek. Otworzyłam oczy i zobaczyłam wpatrujące się we mnie przerażone oczy ojca.
- Córeczko co się stało?! Na merlina już wróciłaś. Jak dobrze tak się martwiłem – trzymając mnie na rekach pośrodku polany ojciec wtulił mnie w siebie – Już wracamy do domu kochanie.
- Tato… - wycharczałam cicho.
- Już spokojnie kochanie, zaraz będziemy w domu – powiedział gładząc mnie po głowie.
- Tato oni nie żyją…
- Co ty bredzisz Liz?!
- Śmierciożercy zamordowali Morrisonów… - powiedziałam słabnącym głosem.
- Co?!

Słowa ojca odbijały mi się dalej echem. Widziałam kolorowe błyski i na koniec okrutny śmiech Voldemorta. Nie miałam pojęcie co się dalej ze mną działo. Zemdlałam…




komentarze [8]



Tytuł: REAKTYWACJA ^_^
Wyszło spod pióra: niedziela, 3 grudnia 2006 21:42:01

Taaak, taaak oczy was nie mylą właśnie skończyłam pisać nowy rozdział. Dodam go jak tylko porobie poprawki w poprzednich rozdział. Głównie pozmieniają sie słowa niektóre zdania,ale sens pozostanie ten sam :) Jednak dla spokoju ducha radziłabym poczytać, bo pewnie połowa już nie pamięta kto to Liz, Alfrad itp. Bo Syrka raczej wszyscy pamiętają :D Także zapraszam. Jak tylko wszystko zrobię to napisze do wszystkich w komentarzach o dobrej nowinie i będzie można wejść poczytać :)
Już zapomniałam, że pisanie sprawiało mi taka ogromną przyjemność... :)

Dziękuje kochanie, że namówiłeś mnie do pisania KCK <3 :*
Pozdrawiam wszystkich i ściskam :*:*:*
I niech magia trwa...
komentarze [3]



Tytuł: Nadzieja...
Wyszło spod pióra: czwartek, 23 listopada 2006 18:19:58

Moje szczęście największe popycha mnie w stronę,żeby dalej pisać i chyaba tak zrobię :) (Dziękuję kochanie :*).
Zajmie mi to jeszcze sporo czasu,bo standardowo muszę wczuć się w klimat i poczytać parę opowiadań pottera i jeszcze swoje wraz z poprawkami :) Zobaczymy co z tego wyjdzie,jak tylko coś nabazgrole to dam znać wszystkim którzy lubili te moje wypociny :)

Będę dodawać notki z przerwami,aby nie utracić strony :)
I niech magia trwa!!! ^^
komentarze [3]



Tytuł: Niestety >_<
Wyszło spod pióra: wtorek, 22 sierpnia 2006 10:01:19

Z wielkim bólem muszę niestety stwierdzić i skończyć zarazem tę niepewność związaną z moim zwlekaniem. Mianowicie muszę zawiesić bloga,jesli chodzi o dodawanie nowych notek :( Poprostu nie mam teraz ani czasu, siły, czy weny by napisać cokolwiek sensownego. A sami dobrze wiecie,że pisanie na siłę to jest samodestrukcja opowiadania =( Odnoszę wrażenie,że moja wena na to opowiadanie się skończyła :( Wszystkich którzy z niecierpliwościa czekali na nowe rozdziały bardzo przepraszam,ale to jest ponad moje siły :/ Mam nadzieję,że kiedyś napisze jeszczę coś na tym blogu,bo bardzo zrzyłam się z moją bohaterką :|

Chciałabym Wam zyczyć dużo weny na wasze opowiadania.Pozdrowienia i uściski =)
I niech magia trwa dalej w Was!!!
komentarze [9]



Tytuł: Jeszczę trochę...
Wyszło spod pióra: niedziela, 4 czerwca 2006 22:29:36

Prosze jeszczę troche wytrzymajcie. Już niedługo coś się ukaże. Wszystkie osoby, które aktywne były zostaną przezemnie powiadomione o notkach an bank za samą wytrwałośc za którą strasznie dziękuję :))) Pozdrawiam wszystkich :*:*:* Cya Potteromaniaki ^^
komentarze [9]



Tytuł: Kurcze
Wyszło spod pióra: poniedziałek, 20 marca 2006 16:43:25

Nie mam czasu na bloga >_<
komentarze [15]



Tytuł: Przerwa, przerwa i jeszcze raz przerwa >_<
Wyszło spod pióra: piątek, 30 grudnia 2005 19:59:25

Nie dość, że bloga chcieli mi przejąć, to jeszcze nie mam jak napisać nastepnej notki. Zalążki pomysłów na nią są już po części na kartkach, ale to jest ciężka praca, aby stworzyć coś, co mogłabym Wam później pokazać. Dziękuje jeszcze raz za te wszystkie ciepłe komentarze :* Niestety na nie też nie będę mogła w najbliższym czasie odpowiadać i co najważniejsze czytać waszych ff :( Jest mi z tego powodu bardzo przykro, no ale cóż mam nadzieję, że uda mi sie coś wyskrobać na ferie i nadrobić zaległości u Was. Postaram sie wyciszyć, zagłebić w świat magii i napisać coś sensownego :) Trzymajcie się i niech magia trwa!!!
komentarze [24]



Tytuł: Totalna klapa >_<
Wyszło spod pióra: niedziela, 16 października 2005 15:28:51

********************
Pisze to z ciężkim sercem, ale muszę Wam to powiedzieć. Na razie notki nie będzie. Cały ten zastój spowodowany jest nauką. Jak niektórzy pamiętają, jestem już w I LO i na moje nieszczęście jest tam dość wysoki poziom, co skutecznie sprawia, że nie mam dla siebie wolnego czasu. Cały czas siedzę nad książkami i ryje. Normalnie wieczne SUMy. Postaram się napisać cos w weekend, albo najbliższą przerwę w szkole, ale nic nie obiecuję. Najgorsze jest to, że mam już całą notkę w głowie, tylko nie mam kiedy jej napisać. Jest mi z tego powodu bardzo smutno, no ale cóż, nauka to nauka bez niej nie ma nic, nawet tutaj magia nie pomoże. Trzymajcie kciuki, żebym szybko mogła znaleźć czas na pisanie.
Jeszcze raz Was przepraszam i dziękuję za wspaniałe komentarze... Nie będe mogła odpowiadać coprawda na wasze,ale może jak mi się uda wyskrobać trochę czasu to poczytam i nadrobię zaległości. Tymczasem zmieniam muzyczkę na podstronach :]
Pozdrawiam :*:* Cya :(
********************

komentarze [45]



Tytuł: ~Rozdział 9 - Prawda wyszła na jaw~
Wyszło spod pióra: poniedziałek, 15 sierpnia 2005 23:18:43

********************
No w końcu dodaje tę notkę :D Mam nadzieję, że wam sie spodoba i znowu wyjdziecie z siebie, żeby napisać mi mnóstwo komentów, co do tego rozdziału. Myślałam, że uda mi się już napisać o Hogwarcie, a jednak jeszcze sobie poczekacie. JEdna notka będzie jeszcze na bank przed Hogwartem, przynajmniej tak mi się wydaje. Notkę dedykuję dla mojej siostrzyczki KAsi za to, że razem ze mną ma świra na punkcie magicznego świata hp i zawsze z nią moge pogadać na te tematy :P Dla Lilian za to, że po przeczytaniu jej notek znalazłam wenę do dalszego pisania :] Dzięki :* Oraz dla Frytki za to, że mi pomaga zaklimatyzować się na DA. Tak więc miłego czytania ludziska :)
********************


Rozwaliłam się w salonie na sofie i nastawiłam Czarodziejska Rozgłośnię Radiową. Nie mogłam wyjść z podziwu jaką wspaniałą robotę wykonałam wraz z Syriuszem i skrzatami. Miałam nadzieję, że rodzicom się spodoba. Gdy zajadałam pyszne ciasteczka Marli i słuchałam wycia jakiejś starej czarownicy w radiu, nagle dopadły mnie złe przeczucia. Nie wiadomo skąd wiedziałam, że ten wieczór nie skończy się dobrze. Na podwórku wiatr zaczął gwałtowniej poruszać łysymi drzewami, na które cały czas padał śnieg. Zwierzaki śpiące przy palącym się kominku, zbudziły się i wskoczyły mi na sofę. W tym momencie wiedziałam, że coś już jest nie tak. Przeleciał mi dreszczyk po plecach. Coś się stało. Wystraszyłam się nie na żarty, gdy zauważyłam jakąś zakapturzoną postać, smętnie zmierzającą w stronę mojego domu. W tych czasach trzeba było uważać, ponieważ śmierciożercy panoszyli się wszędzie i coraz więcej osób, a nawet całych rodzin ginęło. Mimo wszystko zebrałam się w sobie podbiegłam do okna, żeby sprawdzić kto to szedł. Ostrożnie wyjrzałam zza grubej kotary przez okno i jakaż to była ulga, gdy ujrzałam tatę. Jednak to czucie szybko minęło i na powrót oddało miejsce czającemu się niepokojowi. Zgoniłam zwierzaki z sofy, bo wiedziałam, że tata nie lubi, gdy na niej siedzą i usiadłam. Odstawiłam tacę z ciastkami na bok i czekałam na tatę. Usłyszałam dzwonek drzwi wejściowych i już Konstel otwierał je i witał pana domu.
- Witam z powrotem sir – z holu słychać było Konstela – a gdzie jest pani domu? – zapytał zdziwiony skrzat. W tej chwili uzmysłowiłam sobie, że faktycznie nie było mamy.
- Niech cię to nie interesuje – odpowiedział chłodno tata. Wystraszony Konstel skulił się ze strachu. Zdziwiło mnie to, bo tata nigdy nie traktował tak skrzatów – przynieś mi gorącą herbatę, tylko szybko – dokończył nieprzyjemnie i przyszedł do salonu. W tym momencie Konstel czym prędzej czmychnął do kuchni przygotować herbatę. Nie czekając na taty reakcję zapytałam się:
- Cześć tato, a gdzie jest mama?
- Jest już późno nie powinnaś być w łóżku? – zrobił obojętna minę i zaczął zmieniać temat. Wiedziałam już, że coś jest nie tak.
- Zaraz pójdę spać, tylko chciałabym wiedzieć, gdzie jest mama – nie dawałam za wygraną.
- Dobranoc Elizabeth – tata zakończył temat. Zdziwiłam się tym, że tata nazwał mnie w sposób jaki nienawidzę. Zirytowana wstałam i zaczęłam zmierzać do holu. Gdy już prawie wyszłam odwróciłam się na pięcie i gwizdnęłam na zwierzaki.
- Dobranoc ojcze – tym razem tacie mina zrzedła i spojrzał na mnie dziwnie, ponieważ nigdy się do niego tak nie zwracałam.
- Ładnie przystroiłaś dom, Lizzy – trochę złagodniał.
- Dziękuję, ale chyba niepotrzebnie to zrobiłam – odpowiedziałam nieuprzejmie i wyszłam z pokoju. Idąc po schodach byłam taka wkurzona, że za każdym schodkiem tupałam głośno, a miałam dwa piętra do przejścia. Usłyszałam dobrze znane ciche pyknięcie za sobą i lękliwy głosik.
- Panienko Lizzy? Pan domu prosi o ciszę.
- Prosi o ciszę?! Hę? – zrobiłam gniewną minę. A skrzatka kiwnęła głowa potakująco i skuliła się jeszcze bardziej.
- To będzie ją miał, możesz odejść – odwróciłam się i zaczęłam jeszcze głośniej stąpać po schodach. Zdążyłam tylko usłyszeć pisk przerażenia skrzatki i ciche pykniecie teleportacji świadczące o tym, że wolała zejść mi z oczu.
- Jeszcze dziwi się, że jestem wkurzona?! Phi... Najpierw spławił Konstela, potem nie chciał mi powiedzieć, gdzie jest mama. Co go ugryzło? Ja i reszta naharowaliśmy się jak woły, żeby zrobić im przyjemność, a on powiedział tylko, że „ładnie” wygląda. I dziwi się, że jestem wkurzona... – wystrzeliły ze mnie słowa jak pociski i poczęłam tupać jeszcze głośniej.
- Lizzy przecież prosiłem o ciszę – dało się słyszeć zirytowany głos taty.
- WYBACZ! Ale nie potrafię się jeszcze teleportować, więc jakoś musze dojść do mego pokoju! Nieprawdaż ojcze?! – krzyknęłam ze schodów nie udając wściekłości. I najgłośniej jak potrafiłam pobiegłam na górę do swego pokoju.
- Uważaj sobie młoda damo – groźniejszym tonem zawołał tata.
- Zawsze uważam, żeby się nie wywalić na schodach – odkrzyknęłam po czym weszłam do pokoju i trzasnęłam drzwiami. Tata coś tam jeszcze krzyknął, ale obchodziło mnie to tyle co zawody sportowe mugoli.


Rzuciłam się na łóżko oddychając szybko, a w mojej głowie roiły się gniewne myśli.
- No dobra... Wdech i wydech... Policz sobie Liz... Raz, dwa, trzy... Nie dajmy się zwariować - zaczęłam się uspokajać.
- Nie warto się denerwować – powiedziałam już trochę spokojniejsza. Bucky położył mi swój łeb na kolanach i patrzył się na mnie uparcie spokojnymi oczkami.
- Masz rację piesku nie warto się denerwować – podrapałam psidwaka za uchem. Zdjęłam pyszczek Bucky’ego i podeszłam do okna.
- Zimne powietrze powinno mi dobrze zrobić - otworzyłam okno, żeby przewietrzyć pokój. Wzięłam swoją pidżamę i podreptałam do łazienki.


Po piętnastu minutach wyszłam i poprawiły mi humor dwa obrażone pyszczki spoglądające na mnie spod kołdry. Fakt, faktem w pokoju trochę się wyziębiło podczas mojej kąpieli. Szybko zamknęłam okno i poczęłam wywalać zwierzaki z pościeli.
- Nie za wygodnie wam było? – ociągając się wylazły obrażone – dobra wy tutaj sobie siedźcie, a ja pójdę zobaczyć, czy mama już przyszła – mówiłam bardziej do siebie niż do zwierzaków.
Pstryknięciem zgasiłam świeczki w pokoju i ostrożnie wyszłam na korytarz starając się, aby drzwi nie zaskrzypiały. Wolałam nie zapalać światła, żeby tata nie wiedział, że jeszcze nie śpię. Na palcach przeszłam przez korytarz i zaczęłam się skradać w dół schodów na piętro rodziców. Na dolnym piętrze cicho wyminęłam fotel stojący przy schodach i szłam dalej. Przechodząc obok pokoju rodziców zauważyłam, że drzwi do ich pokoju są uchylone. Zajrzałam do środka jednak nie było tam ani taty, ani mamy. Skierowałam się w stronę schodów prowadzących do holu. Cicho jak kot zaczęłam się skradać w dół. Światło się dalej paliło, co oznaczało, że tata jeszcze nie spał. Po zejściu do holu, stanęłam za ogromnym zegarem stojącym u nas w holu i chciałam wyglądnąć zobaczyć co robi tata, gdy nagle.
ŁUP, ŁUP, ŁUP.
Aż podskoczyłam, gdy rozległo się to łomotanie do drzwi. Serce waliło mi jak oszalałe. Nie wiem, gdzie się schować, a na pewno muszę to zrobić, bo gdyby mnie teraz tata zobaczył to bym dostała burę za to, że nie śpię. Nie wiadomo jeszcze, kto był za drzwiami. A z tego co usłyszałam zbyt spokojna to osoba nie była. Obracałam się we wszystkie strony próbując znaleźć jakąś kryjówkę i znalazłam. Idealnie do tego nadawał się schowek na miotły znajdujący się pod schodami. Nie myśląc zbyt wiele władowałam się najszybciej i najciszej do środka. Ostrożnie zamknęłam drzwiczki i w niewygodnej, na wpół zgiętej pozie czekałam na to co się stanie. Z tego co usłyszałam tata zerwał się z fotela i podbiegł do drzwi otworzyć.
- Dłużej ruszać się nie mogłeś zmarzłam pod tymi przeklętymi drzwiami – mama ofuknęła z miejsca tatę.
- Wchodź Stello. Czy skrzaty mają ci coś przygotować ciepłego? – zapytał się tata z troską w głosie. Dla mnie nie był taki uprzejmy. Ciekawe czemu się nagle taki milutki zrobił.
- Jak będę chciała to je sama o coś poproszę – odgryzła się mama. Oho jak na mój gust to zaraz będą się kłócić.
- Coś się stało? – spytał się tata podejrzliwie.
- ... - nastała dziwna cisza.
- Stello? – odezwał się tata.
- WSZYSTKO SIĘ STAŁO!!! – huknęła mama. Aż podskoczyłam. Mam nadzieję, że nie było tego słychać, bo przewaliłam jedną miotłę.
- Uspokój się.
- WCALE NIE MAM ZAMIARU SIĘ USPOKAJAĆ! To wszystko jest już ponad moje siły!!! Ja tak dalej nie wytrzymam! Jeszcze kilka razy i sama się zabiję! - rany co się stało, że mama wygaduje takie rzeczy.
- Chodź usiądźmy i porozmawiajmy – powiedział tata spokojnym głosem.
- Ale tu już nie ma o czym rozmawiać! Wszystko jest jasne, jak słońce! Albo wykonuję rozkazy Czarnego Pana, albo cała nasza rodzina zginie! Czy ty tego nie rozumiesz?! Tu nie ma o czym rozmawiać! – mama krzyczała dalej, ale jakbym się zatrzymała. W głowie odbijało mi się jak echo jedno zdanie: „Albo wykonuję rozkazy Czarnego Pana, albo cała nasza rodzina zginie!”. Cały czas myślałam, że mama z własnej woli przystąpiła do Voldemorta i nie chce od niego odejść. A jakże się myliłam... Mama przystąpiła do niego, ponieważ mi i tacie groziła śmierć, a ja głupi bachor robiłam jej przez to przykrości. Nie puszczała mnie w okolice mugoli, bo bała się, że Voldemort się o tym dowie. Teraz wszystko rozumiem... Łza popłynęła mi po policzku. Od kiedy przystąpiła do niego, nastawiała mnie źle w stosunku do mugoli, żeby zachować pozory. Jakby to wyglądało, gdyby córka śmierciożerczyni była miłośniczką mugoli. Druga łza spłynęła mi po policzku... Ona robi te wszystkie złe rzeczy i naraża się na niebezpieczeństwo tylko po to, żebym ja i tata była bezpieczna. Trzecia łza spłynęła mi po policzku... Coś we mnie pękło.
- Jeden przeklęty wieczór zmienił całe nasze życie. Czemu musiało się tak stać?! Czemu musiał przyjść akurat do nas?.. – mama ostatnie zdanie wypowiadała coraz ciszej i w końcu się złamała. Dało się teraz tylko słyszeć rozpaczliwy szloch mamy i słowa pocieszenia taty. Siedziałam dalej w komórce na miotły. Wolałabym nie widzieć mamy teraz. Wiem, że nie chciałaby żebym widziała ją w takim stanie. Zwinęłam się w kłębek i zaczęłam cichutko płakać. Dlaczego tak straszny los musiał spotkać moją rodzinę? Czemu nikt nie może powstrzymać tego szaleńca przed coraz to, straszniejszymi zbrodniami? Dlaczego... Dlaczego? Dlaczego?!


Śniły mi się straszne koszmary i nagle się zbudziłam. Wzięło mnie jeszcze większe przerażenie, gdy zauważyłam, że siedzę w małym pomieszczeniu w którym nic nie widziałam. Zaczęłam badać wszystko na około rękami, aż natrafiłam na podłużny kształt w którym rozpoznałam miotłę i przypomniało mi się, dlaczego tutaj siedzę. Chciałam już wyjść, gdy usłyszałam chlipanie mamy na schodach. Tata nadal ją pocieszał. Jestem ciekawa na ile się zdrzemnęłam.
- Nie martw się Stel ona to kiedyś zrozumie – powiedział tata uspokajającym głosem. Czyżby chodziło o mnie?
- Ja wiem, że ona jest bliska znienawidzenia mnie. Zobacz jaka ja jestem dla własnej córki. Staram się zmienić, ale mi nie wychodzi – powiedziała mama cichym pełnym smutku głosem.
- Było źle, ale Lizzy nie jest taką małą i niemądrą czarownicą. Widzi, że się starasz i sama też się stara – tata zrobił krótka pauzę i dalej kontynuował – zauważyłem, że od niedawna ilekroć powiesz coś nie po jej myśli, ona gryzie się w język i nie mówi nic mimo, że zapewne chce powiedzieć coś niemiłego w danej chwili.
- Też to zauważyłam – dało się słyszeć uśmiech w mamy głosie. Zrobiło mi się cieplej na sercu. Faktycznie staram się, żeby było lepiej.
- A żebyś widziała jak ona skakała po domu z radości, gdy ja zaprosiłaś wtedy na zakupy. Myślałem, że sobie nogi połamie i gardło zedrze – zaśmiał się tata dobrodusznie. Ja też sobie przypomniałam tamten dzień.
- Dziękuje Alfi – powiedziała już spokojnie mama.
- Nie ma za co kochanie. Zawsze będę przy tobie.


Chciałabym jak najszybciej wyjść z tej komórki i dać im chwilę samotności. Rzadko mogę zastać ich w sytuacji, gdy są ze sobą tak blisko. W sumie nie chciałam wiedzieć co się dalej będzie działo.
- Chodź kochanie do sypialni. Na pewno jesteś zmęczona, weźmiesz prysznic i położysz się spać. A rano skrzaty podadzą ci pyszne śniadanie i zaczniemy dzień od nowa – usłyszałam taty optymistyczny głos i po chwili słychać było ich kroki na schodach.
- No dobrze, ale przed spaniem będę jeszcze chciała zajrzeć do Liz – powiedziała mama spokojnym głosem. O cholibka toż jak mama zobaczy, że mnie nie ma w łóżku to będę miała kłopoty. O rany. Co tu zrobić, co tu zrobić?
- Oczywiście, ale najpierw chodź weźmiesz odprężającą kąpiel.
- Wiesz chyba masz rację. Musze strasznie wyglądać taka rozmazana i poczochrana - dzięki tato jesteś boski. Wywabiłeś mnie z opresji. Poczekałam, aż drzwi do ich pokoju się zatrzasną i delikatnie zaczęłam wygramalać się z komórki pod schodami. Trochę bałam się wchodzić na schody, bo gdyby nagle któryś z rodziców wyszłoby miałabym przechlapane. Wpadłam na pomysł... Wystarczyło klasnąć. Usłyszałam miłe pyknięcie i głos Marli.
- Słucham panienko? – dygnęła w ciemnościach Marla.
- Sprawdź, czy mogę bezpiecznie przejść na górę, nie narażając się na spotkanie z rodzicami.
- Tak jest panienko – usłyszałam dwa pyknięcia i skrzatka z powrotem stała przede mną.
- Droga wolna. Ale nie jestem pewna, czy panienka powinna słyszeć całą rozmowę państwa – powiedziała niepewnie skrzatka.
- Po pierwsze bardzo dobrze, że to wszystko usłyszałam, bo sami by mi nigdy nie powiedzieli. A po drugie to Ty Marlu chyba nie powinnaś podsłuchiwać tej rozmowy także? – spytałam się chytrze, a skrzatka skuliła uszy.
- Widzę, że się rozumiemy - powiedziałam z satysfakcją - dobranoc Marlu - dodałam uprzejmie.
- Dobranoc panienko - powiedziała skrzatka i z cichym pyknięciem się teleportowała. Ja udałam się jak najszybciej i w miarę cicho do swojego pokoju. Gdy byłam już w środku odetchnęłam ze spokojem, zasłoniłam kotary w oknach i walnęłam się do łóżka między chrapiących smacznie Bucky’ego i Gosby’ego.


Chyba przez godzinę próbowałam zasnąć, ale na złość nie mogłam. Miałam zbyt duży natłok myśli w głowie. Więc później dałam już za wygraną i sobie po prostu leżałam zwrócona w stronę drzwi. Leżałam i głaskałam Gosby’ego, który zwinął się w kłębek koło mego brzucha. Usłyszałam kroki na schodach i wyostrzyłam słuch. Gosby uciekł spod mojej ręki i położył mi się w nogach, jak co wieczór. Kroki zaczęły się zbliżać. Trochę się wystraszyłam, ale potem mi przeszło. Mama sama powiedziała, że póki jest śmierciożerczynią to jesteśmy bezpieczni. To na pewno mama lub tata. Wolałam udawać, że śpię. Zwróciłam twarz w stronę poduszki i pospiesznie narzuciłam kosmyki włosów na oczy, żeby się nie zdradzić mruganiem. Drzwi zaskrzypiały i ktoś wszedł do pokoju. Po chwili poczułam, że ktoś usiadł delikatnie na łóżku. Z minutę nic się nie działo, a potem poczułam ciepłą rękę mojej mamy gładzącą mnie po głowie. Zrobiło mi się przyjemnie, bo przypomniało mi się wczesne dzieciństwo. Kiedy w nocy śniły mi się koszmary, mama zawsze przychodziła do mnie w nocy i gładziła mnie w taki sam sposób po głowie.
- Śpij kochana mama za nic w świecie nie pozwoli cię skrzywdzić. Dopóki żyję nic ci się nie stanie, nie pozwolę na to – odgarnęła ostrożnie włosy z mojej twarzy i dalej mówiła.
- Tą straszną rzecz zrobiłam tylko dla ciebie, tamte dzieci musiały zginąć, żebyś ty żyła – mama zaczęła cicho szlochać - boże czemu Czarny Pan kazał mi to zrobić, nigdy sobie tego nie wybaczę. Nie wystarczało mu, że werbowałam mu ludzi i zastraszałam. Zachciało mu się, żebym zaczęła zabijać tak jak ci nikczemnicy, którzy nie mają dzieci. Czy oni nie rozumieją, że zabicie dziecka jest dla matki strasznym ciosem – mama cicho płakała i nadal głaskała mnie po głowie.
- Te dzieci jeszcze mogły się cieszyć życiem. Te istotki nie były niczemu winne... – przestała mnie głaskać i skryła twarz w dłoniach cichutko pochlipując. Nie mogłam tego wytrzymać, musiałam coś zrobić. Takie słuchanie jej i nic nie robienie było okrutne, mama się strasznie męczyła. Usiadłam na łóżku i przytuliłam mamę.
- Nie płacz mamo, nie winię cię o nic. Wiem już, że zrobiłaś to żeby uchronić naszą rodzinę przed śmiercią.
- Liz, czy podsłuchiwałaś moją rozmowę z tatą? Nie powinnaś o niczym wiedzieć – mama oderwała się ode mnie i mówiła wystraszonym głosem.
- Ja wiedziałam o tym, że jesteś śmierciożerczynią od bardzo dawna. Nikomu nigdy o tym nie powiem – przytuliłam ją z powrotem.
- Przepraszam cię córeczko za wszystko. Wybaczysz mi? – spytała zapłakana mama.
- Teraz już ci wszystko wybaczyłam, bo się wszystkiego dowiedziałam. Tobie nie sprawia to przyjemności jak innym, musisz to robić tak jakbyś pracowała. Tylko straszne jest to, że pracujesz na nasze życie, zabierając je innym... – posmutniałam i przytuliłam się do mamy.
- Chciałabym kiedyś być taka silna jak ty.
- Oh kruszynko – przycisnęła mnie jeszcze bardziej do siebie i siedziałyśmy tak w ciszy, płacząc sobie w ramiona.


Od tej pory wiedziałam, że moje spojrzenie na tą sprawę będzie inne niż poprzednio. Będę patrzeć na to bardziej pozytywnie, aczkolwiek z przestrachem. Bo teraz już wiem, że mama robi te wszystkie straszne rzeczy tylko po to, żebym ja mogła cieszyć się życiem...
komentarze [71]



Tytuł: Przygotowania :P
Wyszło spod pióra: wtorek, 19 lipica 2005 23:34:36

********************
UWAGA! Uwaga nasze wydanie będzie dopiero 28 stycznia!!! Normalnie masakra.... :(

Odrazu mówię,że Harry Potter i Książe Półkrwi jest przynajmniej dla mnie najstraszniejszą i najsmutniejszą częścią opowieści o Harrym. Mówić nie będę co tam się dzieję,bo niektórzy wolą sami przeczytać o co chodzi. Podam jedynie link do tłumaczenia PL. Każdy zadecyduje, czy chce czytać, czy nie.

Jak Wam już kochani mówiłam notki jeszcze trochę nie bedzie więc nie zaglądajcie. Jak sie ona w końcu pojawi (spoglądam w nieboo) to najwyżej dam Wam znać przynajmniej tym, co się najbardziej udzielają :D No a ta notka bedzie już jak Liz idzie do Hogwartu, więc żeby ją napisać musze przeczytać I tom Pottera i jeszcze pozbierać niektóre informacje, które przeczytałam w Księciu Półkrwi. No więc jak sami widzicie troche mi to zajmie wraz z wymyśleniem fabuły :(

Trzymajcie się kochani, życze Wam udanych wakacji i dziękuję za wszystkie miłe słowa :*:* CYA
********************

komentarze [24]








Szablon

Oprawa & HTML wykonała Lizzy Black
Obrazek stworzyła Kordelia
Pattern i brushe wygrzebane z Gogli i Deviantartu
Zobaczę cokolwiek u innej osoby to nogi z pupska powyrywam xD Ostrzegałam jakby co :)